Mama starszaka na diecie

Twój dzień nie zaczyna się o 7:30. Ba, nawet nie o 5:15. Twój dzień w zasadzie się nie kończy. Sen należałoby raczej nazwać drzemką, jest niejednokrotnie przerywany rozmaitymi nawoływaniami, a to „mama siku!”, a to „mama pić” itd. Ale, ok. Załóżmy, że rozpoczęciem dnia możemy nazwać moment, w którym organizujecie się razem z dzieckiem (w liczbie pojedynczej lub mnogiej) w kuchni.

Dziecko należy nakarmić. Nie jest to łatwe zadanie. Potomek rygorystycznie spogląda na Twoje przygotowania do śniadania. W myślach kombinujesz, układasz z kawałków parówki uśmiechniętą buźkę. W ułamku sekundy okazuje się, że ta parówka nie miała być dziś w kawałkach, a w całości. Niewyspany, lecz stosunkowo miły poranek przeistacza się w katastrofę. Próbujesz ratować sytuację, na ogień czym prędzej wrzucasz nową parówkę, tym razem już nic jej nie robisz. Ocierając łzy zawodu udaje Ci się zaspokoić głód malucha, lecz jeśli ów potomek nie jest jedynakiem, sytuację musisz pomnożyć razy 2 czy 3, a może nawet 4 (szacun).

 Uśmiechu parówki nr 1 przecież nie wyrzucisz, zjadasz ją, pędząc już za gotowym do zabawy szkrabem. Dzień układa się różnie, niezależnie od tego, na jakim etapie rozwoju jest Twój malutki ziomek i tak musisz mieć oko w tyłku i kontrolować sytuację.  Każdy pułap rozwojowy niesie ze sobą niemałe wymagania. Przy nauce karmienia myślisz jak to dobrze gdy już będzie jadło samo, jak już je samo, myślisz jak to dobrze gdy po posiłku nie będzie pół kuchni, na czele z dzieckiem, do mycia. Jak jeszcze pieluchy, myślisz kiedy nocnik, ale jak nocnik, myślisz kiedy ubikacja. Jak telepiesz grzechotką myślisz kiedy samo się pobawi, jak się samo bawi zastanawiasz się kiedy posprząta po sobie zabawki, a jak już zaczyna sprzątać zabawki stwierdzasz, że lepiej zrobisz to sama.

I tak dzień pędzi, mimo, że wydawałoby się, że taka mama, cóż ona w domu robi, to wieczorem nie wiesz jak się nazywasz. Burczy w brzuchu, próbujesz sobie przypomnieć co dziś zjadłaś po tej nieszczęsnej porannej parówce. Kolorowo nie było, zadbałaś o to, żeby maluch zjadł drugie śniadanie i obiad. Gotując ciepłą strawę dla pociechy skubnęłaś trochę ziemniaków i mięska, mięska trochę więcej, bo przecież od zawsze do głowy tłukli, że całe mięsko musi być zjedzone. Perturbacje związane ze zjedzeniem obiadu przez malucha odbierają Ci chęć do jedzenia czegokolwiek. Po obiedzie zmywasz rozciapane buraczki z zabawek i podłogi. W końcu dopadła Cię dzika chęć słodyczowa, czym prędzej dotarłaś do tej szafki, tej, co dziecku mówisz, że raz w tygodniu i cichaczem wsunęłaś pół czekolady.

Wieczorem głód znów zaczął się o sobie przypominać, trochę niefortunny moment, bo obowiązków sporo. Myć, jeść, spać, a jak już myślisz, że sobie spokojnie zjesz kolację i na paluszkach wychodzisz z pokoju dziecka, mniej więcej w momencie gdy Twoja dłoń zbliża się do klamki słyszysz „Mamo siku”. No, ale po jakichś 40 minutach kolejnego „za górami za lasami” udaje się usłyszeć miarowy oddech i lecisz co sił w nogach.

To jest Twoja chwila. W końcu masz czas zrobić coś dla siebie. A że głód dobrał się w parę z nerwami, dzisiejszego dnia musisz sobie to wynagrodzić. Na talerzu ląduje konkretna porcja kanapek z szyneczką, żółtym serkiem, majonezowym sosem. Na drugie danie przypominasz sobie o tej połówce czekolady, co w szafce została. Od razu lepiej..

Jak to zrobić żeby rzeczywiście było lepiej?

  1. Dbaj o dobre wyposażenie lodówki. Dokładnie tyle samo czasu zajmie Ci w sklepie ściągnięcie z półki kostki twarogu, co kostki żółtego sera. Podobna zależność dotyczy wyboru między np. parówkami a pieczenią drobiową. Jeżeli zatem dobrze wyposażysz swoją lodówkę, to posiłki, które będziesz tworzyć w domu nie będą miały szans być niezdrowe.
  2. Organizuj pory swoich posiłków podobnie do pór karmienia dziecka. Zastanawiałaś się może dlaczego Twój maluch tak ochoczo rwał się do rozszerzania diety, widząc jak Ty jesz? Z biegiem czasu niewiele się zmienia w tym temacie. Dziecko widząc jak Ty jesz, samo chętniej zje, a przy okazji Ty zadbasz o podstawę zdrowego żywienia = regularność.
  3. Gotuj to samo dla siebie co dla dziecka, a jeżeli to niemożliwe, to przynajmniej podobnie. Dbasz o zdrowe żywienie dziecka? Zadbasz przy okazji o swoje.
  4. Kształtuj nawyki. Zanim pojawił się potomek nie zastanawiałaś się czy to, co jesz może mieć na kogoś jakiś wpływ. Z pojawieniem się dziecka należy przewartościować myślenie w tym temacie. Bobas zdecydowanie szybciej niż myślisz zacznie kumać o co chodzi i co jest dobre, a co bee. A autorytetem w tym temacie są rodzice.
  5. Zlikwiduj słodyczową szafkę. Większość z Pacjentek zapytanych przeze mnie o ten element swojego domu stwierdza, że to przecież dla dzieci lub na wypadek jakby goście się nie zapowiedzieli, to trzeba coś mieć. Prawda jest taka, że Twoje dzieci wcale nie muszą być karmione słodyczami, a zapasy z szafki zazwyczaj znikają zdecydowanie szybciej niż zawitają do nas niezapowiedziani goście.

Myślisz sobie, łatwiej by było gdybym poszła do pracy, a nie siedziała w domu? Bo w domu same pokusy. Po pierwsze, to panią tego domu jesteś Ty i to Ty decydujesz o tym, co się w nim znajdzie, a co nie. Po drugie, myślisz, że w pracy pokusy Cię nie dopadną? O tym w następnym poście z cyklu Mama na diecie!

Jeśli spodobał Ci się ten wpis zapraszam na stronę bloga na Facebooku i zachęcam do polubienia Fanpage’u  . W ten sposób na bieżąco będziesz dostawać informacje o kolejnych ciekawych postach! Znajdziesz mnie również na Instagramie.

6 Odpowiedzi

  1. To ja jeszcze dorzucę do listy planowanie menu i zakupów na jego podstawie – wtedy kupujemy tylko co potrzebne bez „a może jeszcze to i tamto”, to też dużo pomaga, bo to „to i tamto” to zwykle niezdrowe przekąski i zapychacze 😉

    • Zgadza się. A jak już w domu jest to się zje. I nie chodzić głodnemu na zakupy bo koszyk się dwa razy szybciej zapełnia.

  2. Myślę, że zlikwidowanie słodyczowej szafki to podstawa. U moich rodziców w kuchni jest ozdobna miska na stole, a w niej zawsze cukierki. I za kazdym razem jak wchodze do kuchni to biore sobie 1 cukierka, bo jest na widoku. Gdybym go nie widziała to na pewno bym nie zjadła.

    • Taka patera cukierkowa to trochę jak trzymanie przed dzieckiem zabawki i droczenie się czy tą zabawkę dostanie czy też nie. Przechodzimy, widzimy, że się do nas te cukierasy tak pięknie uśmiechają to myślimy „skosztuję jednego”. Gorzej, że przy piątym znowu podobny scenariusz.. 😉

  3. O tak! Bardzo spodobał mi się ten wpis, bo tekst troszkę mnie dotyczy. Cały dzień skubię czegoś po trochę, by wieczorem kiedy dziecko idzie spać „nadrobić” te wszystkie kalorie.

    • Gdy proszę Pacjentów o to aby spróbowali zapisać swój dzień po kolei co do ust wzięli to nieraz sami się łapią za głowę, czasem nawet dochodząc do wniosku, że niektóre produkty zjedli zupełnie nieświadomie. Bo to przy tv, czy przy innych czynnościach dnia codziennego. A tymczasem warto nad tym się mocniej skupić. Przecież nasz organizm to nie śmietnik. Warto go jak najlepiej odżywiać.

Zostaw Komentarz