Diet cud i cud diet jest mnóstwo. W zasadzie nie ma już śniadaniowego programu, w którym nieporuszane byłyby żywieniowe tematy, kobieca, i nie tylko kobieca, prasa kipi od super pomysłów na „oponki”, nie mówiąc o Internecie, w którym znajduję coś więcej niż cuda – zachwycają mnie hasła „Dzięki tej metodzie schudniesz 10kg w 2 dni.”

No i tak ślepo brnę w różne nowinki, wierząc, że coś, co pomogło celebrytce, pomoże i mi.

Stosuję, co do grama, katuję swoje kubki smakowe, katuję przy okazji rodzinę, która jest świadkiem (i tym wzrokowym i tym węchowym) tego, co dzieje się na moim talerzu. A dzieje się tam wiele. Po wymyślne składniki diety jeżdżę do sklepu w sąsiednim mieście, dręczę sprzedawcę o gatunki ryb, o których w życiu biedak nie słyszał. Gotowanie, metoda prób i błędów, czasem wyjdzie zjadliwie, czasem niekoniecznie, ale skoro kosztowało 65zł/kg, no a przede wszystkim celebrytka na tym schudła, to zjeść muszę. Dieta i ja wytrzymujemy ze sobą kilkanaście dni, nadwyrężony domowy budżet też w rozpadzie tego związku miał swój udział. Skoro już nie mam niezbędnych składników diety, to przecież nie mogę jej dalej stosować.

Mąż, ten, który taki zaangażowany w moją motywację KLIK, przyniósł zapożyczony jadłospis od koleżanki z biura, nieco uciapany i wymemłany (widocznie nie ja pierwsza się zapożyczyłam). Mówi, że za koleżanką wszyscy się oglądają, on nie, ale wszyscy tak. Myślę sobie, kurcze, skoro jej pomogło, to cóż szkodzi spróbować. W tej opcji zasuwam mięcho, zasuwam nabiał. A gdzie mój ukochany ciepły chlebuś, gdzie moje ziemniaczki?? Ale wiem, wiem, dieta nie trwa wiecznie. Wytrzymam przecież te kilka tygodni. Wytrzymałam, ach, co za duma. Śmiem twierdzić, że nawet mąż się za mną ogląda! Wiele nie mówi, ale się ogląda! Podczas zakupów poczułam mój chlebuś! Cieplutki, pachnący, już w aucie musiałam spróbować. Pół godziny później dzwonię do męża: „Kup chleb, byłam na zakupach, ale zapomniałam”.

Mija kilka miesięcy, myślę sobie „było minęło”, trzeba działać. Gwiżdżę na celebrytkę, gwiżdżę na koleżankę z pracy męża. Sama poszperam. Wyznając zasadę, że albo wszystko albo nic, włączam torpedę. Jedzenie obcięłam, rano jogurcik, do pracy jabłko, na obiad kawałek kurczaka z surówką, a na kolację lecę skalpel z Chodakowską. Tym razem musi się udać. Waga spada szybko. Efekt wow, przy świątecznym stole nie ma osoby, która by się nie zachwyciła moimi nowymi kształtami. Moje kubki smakowe wyglądają jak kot ze Shreka. Myślę sobie, kurcze, jak po tylu wyrzeczeniach dzióbnę kawałek, to przecież nic się nie stanie. Ups, dwa miesiące po świętach, a ja nadal tak myślę.

Frustracja na spółkę ze znużeniem każą dać za wygraną. Przez kilka miesięcy dobrze im to wychodzi. Przecież skoro nic nie działa, to najpewniej oznacza to, że mój organizm ma jakąś zadaną wagę, którą musi utrzymać. Kurde, tylko gdzie ta zadana waga, skoro coraz rzadziej odwiedzana waga łazienkowa nieustannie pokazuje więcej.

Budzę się pewnego ranka, okazuje się, że te wszystkie L, XL i XXL oddałam, a z nowej garderoby mieszczę się jedynie w szlafrok… męża. Nowa motywacja, nowy dzień, nowa myśl.

Idę do dietetyka.

„Jest Pani moją ostatnią deską ratunku, spróbowałam wszystkiego. Nic nie działa.”

O tym, dlaczego żadna dieta cud nie działa pisałam tutaj KLIK, a czytając ten artykuł do końca dowiesz się czym się różni pomoc dietetyka od diety cud.

 

 

Pytanie brzmi – skąd możesz mieć pewność, że tym razem zadziała?

Co mogę zrobić lepiej niż celebrytka czy koleżanka z pracy męża?

To, co przeczytasz poniżej dotyczy mojej pracy z Pacjentem opartej na wiedzy i doświadczeniu. Nie odpowiadam za innych specjalistów, którzy niestety często mianują się dietetykiem po odbyciu 40-godzinnego kursu.

Opracowuję plan żywieniowy na podstawie wszystkich informacji, które o Tobie mam.

  • Interesuje mnie Twój stan zdrowia – obecnie i w przeszłości, pomocne będą wszelkie wyniki badań, karty wypisowe ze szpitali, wykaz zażywanych leków.
  • Analizujemy Twój sposób odżywiania się, ten „zwykły” jak i ten „dietowy”.
  • Analizujemy stopień aktywności fizycznej.
  • Przeprowadzamy pomiar składu ciała i omawiamy co jesteśmy w stanie zmienić. Nie ma tu miejsca na ułudę, że w 2 dni minus 10kg. Pytasz ile Ty schudniesz. W tej kwestii mogę odwołać się do swojego doświadczenia, że przy danych parametrach można redukować x kg w x czasie. Jednakże nie powiem Ci ile i w jakim czasie Ty schudniesz. Mimo jak najdokładniej opracowanego planu żywieniowego, istnieją czynniki, na które nie mam wpływu. Należy do nich przede wszystkim Twój stopień przestrzegania zaleceń.
  • Skupiamy się nad motywacją i sięgamy po konkretne metody pracy nad nią.

Mijają kolejne tygodnie, spotykamy się na systematycznych wizytach. Masz coraz więcej swoich obserwacji, czego jest za dużo, czego jest za mało, co Ci smakuje, a co nie trafia w Twoje gusta kulinarne. Twoje spostrzeżenia jednak dotyczą przede wszystkim różnic wizualnych. Te wagowe oceniamy podczas wizyty i omawiamy zachodzące zmiany.

Idzie Ci znakomicie – świetnie, cieszymy się z sukcesów razem oraz motywujemy do dalszego działania i nie osiadania na laurach. Bywa, że idzie Ci gorzej niż oczekiwałeś, szukamy przyczyny oraz możliwości poradzenia sobie z nimi.

Zaczynasz czuć, że to, w czym bierzesz udział od kilku tygodni, może kilku miesięcy, to nie kolejna dieta cud. Ryzykujesz stwierdzenie, że nie wyobrażasz sobie powrotu do tamtego, starego odżywiania. Akceptujesz osiągnięte rezultaty, na wizytach coraz mocniej skupiamy się na temacie stabilizacji masy ciała.

Czy tym razem się uda? Ja dołożę wszelkich starań, aby tak było. A Ty?